Aktualności
Serce zakute w kamieniu - św. Stanisław Kostka
Area jacta est… area jacta est… ta łacińska maksyma chodziła mi tego dnia po głowie od samego ranka. Area jacta est… dla pewności postanowiłem sprawdzić jej znaczenie. Zgodnie z tym co podpowiadała mi pamięć to łacińskie zdanie oznacza „kości zostały rzucone”… Kości zostały rzucone… no dobrze ale dlaczego akurat dzisiaj tak gnębi mnie ten tekst? Kości zostały rzucone… wchodzę do naszego Panteonu i tym razem z pochyloną głową wpatrywałem się w chodnik prowadzący mnie wzdłuż znajdujących się tam postaci. A w głowie ciągle to samo, area jacta est… kości zostały rzucone. Chyba nawet wyszeptałem to dręczące mnie zdanie gdy nagle usłyszałem głos.
- Nie no. Nie żartuj sobie. Jak już to zostały złożone i to w sposób, jak na tamte czasy, wyjątkowy z ogromnym szacunkiem. A nie rzucone, też coś – żachnął się na koniec głos młodego mężczyzny.
Zaskoczony znieruchomiałem. Powoli podniosłem wzrok, który wspinał się po cokole, a później po zakonnym habicie, by wreszcie zatrzymać się na twarzy młodego mężczyzny. Zamrugałem ze zdziwienia oczami, a młody mężczyzna delikatnie się uśmiechnął i powiedział.
- Stanisław Kostka jestem, miło mi cię widzieć. Co cię do mnie sprowadza?
Patrzyłem chwilę zakłopotany po czym z poczuciem ulgi szeroko się uśmiechnąłem.
- Od samego ran dzisiaj – odparłem – nie daje mi spokoju ta sentencja, którą usłyszałeś. Teraz już chyba wiem… kości, Kostka… no tak. Przepraszam – zmieszałem się zdając sobie sprawę ze swojej bezpośredniości – nie odczytuj moich słów jako braku szacunku czy lekceważenia. W zasadzie to nie moja wina, że w ten sposób mój Anioł stróż podpowiadał mi z kim będę dzisiaj rozmawiał.
- Nie masz powodu do martwienia się – uspakajał mnie Stanisław – zawsze daleki byłem o wynoszeniu się nad innych ludzi. Zarówno wychowanie w domu jak i edukacja u Jezuitów w Wiedniu a później w Rzymie bardzo mocno utrwaliła we mnie cechę pokory i prostoty.
- Bardzo dziękuję – odpowiedziałem z poczuciem ulgi – Przyznać muszę, że sprawdzianem kilka dni temu listę świętych diecezji tarnowskiej i nie znalazłem tam Twojego nazwiska…
- Jakoś się nie dziwię – uśmiechnął się delikatnie – albowiem urodziłem się w diecezji płockiej, w Rostkowie niedaleko Przasnysza, w październiku roku pańskiego 1550. Myślę, że w poczet tego zacnego Panteonu zostałem zaliczony w związku z tym, że jestem imiennikiem tego wielkiego świętego jakim jest św. Stanisław BM.
- No pięknie – rozpromieniłem się – bardzo dziękuję. Praktycznie zawsze w moich rozmowach w Panteonie muszę pytać skąd się tutaj wzięli święci i błogosławieni a Ty wszystko to jednym tchem mi powiedziałeś. Dziękuję.
- Wiesz – św. Stanisław mrugnął do mnie porozumiewawczo – słyszałem niektóre z tych rozmów i wiedziałem czego się spodziewać. A z drugiej strony całe ziemskie życie bardzo lubiłem adorować naszego Pana i kontemplować Go. Dlatego zaraz po naszej rozmowie wracam na adorację.
- Dobrze więc postaram się nie zająć Ci zbyt dużo czasu – odparłem – Wspomniałeś wcześniej o swoim wychowaniu i edukacji… możesz coś więcej?
- Nie ma sprawy – szybko się zgodził – Przez pierwsze 14 lat miejscem mojej edukacji był dom. Później razem z bratem i wychowawcą wyjechaliśmy do Wiednia kształcić się w kolegium Jezuickim.
- No proszę – troszkę chyba wpadłem w słowo – czternastoletni chłopiec, brak nadzoru rodziców, duże miasto… pewno poza szkołą można było zdobywać różnego rodzaju umiejętności i doświadczenia...
- Przypuszczam, że tak. Ale ja – poważnym tonem odpowiedział Święty – w Wiedniu znałem tylko trzy drogi. Do szkoły, do kościoła i do domu.
- Muszę przyznać – z pokorą stwierdziłem – że jestem pod dużym wrażeniem.
- Chyba nie ma ku temu powodu – stwierdził Stanisław – robiłem tylko to co należy. Problem pojawił się gdy cesarz Maksymilian zabrał jezuitom internat i musieliśmy wynająć pokój u zagorzałego luteranina. Skutkiem czego gdy zachorowałem i prosiłem o wiatyk, nasz gospodarz nie wpuścił księdza z Najświętszym Sakramentem. Jak się jednak okazało pokarm na ostatnią drogę nie był mi potrzebny, bo ukazała mi się Matka Boża z dzieciątkiem Jezus na ręku, które przekazując mi na ręce przywróciło mi zdrowie. W czasie tego spotkania z Maryja dała mi polecenie wstąpienia do zakonu Jezuitów.
- Co chyba nie było trudne – stwierdziłem – bo przecież byłeś w uczelni Jezuitów.
- No właśnie wbrew pozorom – odpowiedział Święty – nie było to jednak takie proste. By dopiąć celu potrzebowałem zgody rodziców, a tym czasem mój tata był temu zdecydowanie przeciwny. Dlatego idąc za radą spowiednika podjąłem decyzję o podróży do Augsburga, by spotkać się z prowincjałem Jezuitów na Niemcy o. Piotrem Kanizjuszem.
- Myślę, że odwołanie do tak wysokich autorytetów załatwiło sprawę – odparłem.
- Masz rację – Stanisław zdawał się potwierdzać moje przypuszczenia – tak myślisz. Rzeczywistość była jednak o wiele bardziej skomplikowana. Nie mogłem przecież tam wyruszyć tak po prostu. Dlatego 10 sierpnia 1567 roku, w niedzielę rano tuż po porannej Eucharystii uciekłem, zamieniając się szatami z jednym z włóczęgów. Dzięki tej zamianie, gdy brat i opiekun dostrzegli moje zniknięcie i wstrzeli pościg, nie zdołali mnie złapać. Niestety moja wędrówka ze względu na splot niekorzystnych okoliczności nie doprowadziła mnie za mury jezuickiego klasztoru. Późniejszy święty o. Piotr Kanizjusz również nie zdecydował się przyjąć mnie do zakonu.
Stanisław Kostka chwile się zamyślił, jakby – zapatrzony w ziemię – jeszcze raz przeżywał tamte chwile. Na jego i tak dość poważne oblicze napłynęły jeszcze ciężkie chmury smutku. Trwało to jednak tylko krotką chwilę bo znów wzrok podniósł, spojrzał na mnie wzrokiem pełnym nadziei i kontynuował swoją opowieść.
- O. Piotr dał mi jednak bardzo pozytywny list polecający do generała zakonu w Rzymie. Czekała mnie więc jeszcze jednak wędrówka, w którą ruszyłem z radością czując, że mój szczęśliwy port jest już blisko. Do Rzymu przybyłem 25 października 1567 r. stając przed furtą klasztorną Ojców Jezuitów. Generał o. Franciszek Borgiasz, również późniejszy święty, zadecydował o przyjęciu mnie do nowicjatu wbrew woli rodziców. Ceremonia przyjęcia odbyła się w trzy dni później, 28 października 1567 roku.
- Niesamowite – nie kryłem fascynacji – widać, że byłeś zdeterminowany. No ale pewno tak to jest mając absolutną pewność realizacji Bożych planów. Czyli teraz było już tylko „z górki”?
- W pewnym sensie – odparł Święty – wtedy faktycznie czułem się na swoim miejscu. Modlitwa, adoracja, studiowanie teologii, dyskusje na tematy duchowe… Byłem w niebie… no prawie, ale już blisko bo do domu Ojca dotarłem niebawem.
- Jak to? – Niedowierzałem.
- No cóż – Stanisław delikatnie się uśmiechnął – w rocznicę mojej ucieczki z Wiednia 10 sierpnia 1568 zachorowałem i znowu byłem bliski śmierci. Prosiłem Matkę Bożą, żebym święto Jej Wniebowzięcia obchodził już w niebie. 13 sierpnia stan mojego zdrowia jeszcze bardziej się pogorszył i moją osiemnastoletnią wędrówkę po ziemi zakończyłem niedługo po północy 15 sierpnia 1568 roku.
- To jednak przykre – smutno odpowiedziałem.
- Nic się nie martw. Trzeba zaufać Bogu. Na moim przykładzie widać bardzo dobrze, że nie tak ważne jest to ile się żyje, ale jak się żyje, jakie owoce przynosi nasze życie.
Tak, pomyślałem. Ważniejsze jest jak, niż ile żyjemy… Pożegnałem się z moim Rozmówcą i ruszyłem w kierunku wyjścia z Panteonu myśląc o tym młodym człowieku żyjącym przed wiekami, a w zasadzie żyjącym cały czas. Zamyśliłem się zestawiając moje życie z Jego życiem. Czy faktycznie żyłem tak, jak chciałby tego Najwyższy? Czy moje życie przyniosło owoce, na które miał nadzieję Bóg...
Piotr Sarlej
Foto 1: Figura św. Stanisława Kostki w Panteonie Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie.
Bazylika i Sanktuarium





