Aktualności
Serce zakute w kamieniu - św. Stanisław Kazimierczyk
To już kolejny raz, gdy wchodzę w to miejsce, w którym świętość ma wiele twarzy, wiele dosłownie i w przenośni. Jaką tym razem będzie miała? Zatrzymałem się po przekroczeniu progu i przesunąłem spojrzeniem po twarzach już mi znanych. Jedne z postaci pozostały nieruchome, jakby zamyślone a może zanurzone w rozmowie z Najwyższym? Trudno powiedzieć, nie wypadało im przeszkadzać. Inne natomiast to uśmiechały się szeroko, to stroiły zabawne miny bądź wykonywały jakieś gesty. Jak miło - pomyślałem - że świeci to też ludzie. Przechodzę wzdłuż szpaleru postaci, które poznałem podczas poprzednich moich wizyt w tym miejscu. Wymieniłem pozdrowienia, uśmiechy i przyjazne gesty. Idąc obok tych świętych i błogosławionych wyraźnie czuję łagodne ciepło emanujące z ich serc. Moja wędrówka nieubłaganie jednak zbliża się do kolejnego przystanku.
Zatrzymuje się przed osobą, której dotąd jeszcze nie znałem. Stoi przede mną mężczyzna około pięćdziesięcioletni, średniego wzrostu, o szczupłej sylwetce i pogodnej twarzy. Jego siwiejące włosy i starannie przystrzyżona broda podkreślają dojrzałość, a głębokie, spokojne oczy zdradzają człowieka modlitwy. Ubrany jest w habit kanoników regularnych, prosty i skromny, bez oznak przepychu. W dłoniach trzyma księgę Pisma Świętego – znak, że Słowo Boże to centrum jego życia i nauczania.
- Szczęść Boże ojcze Stanisławie - zacząłem bez ogródek - trzeba przyznać, że na szczepanowskiej ziemi zacnych Stanisławów wyjątkowy urodzaj - Uśmiechnąłem się skłaniając głowę - nie zmienia to jednak faktu, że ogromnym zaszczytem i przyjemnością jest dla mnie poznać o. Stanisława Kazimierczyka. Jakie to drogi Ojca tutaj przywiodły?
Święty milczał chwilę wpatrując się we mnie jakby zbierał myśli czy zastanawiał się jak na moją śmiałość zareagować. Zaraz jednak nieznacznie przechylił głowę w prawą stronę i jakby przekornie zaczął mówić.
- Zasadniczo to mój tata nazywał się Sołtys…
- Czyli nosił Ojciec nazwisko po swojej mamie? - wpadłem w słowo swojemu rozmówcy.
- Nie, nie - o. Stanisław szeroko się uśmiechnął - tak to dawniej nie bywało. Słowo przy moim imieniu nadała mi tradycja i związane jest z miejscem, z którym Opatrzność związała całe moje życie.
- Kazimierczyk… Czy chodzi o krakowski Kazimierz? - Zapytałem.
- Dokładnie tak. Tyle tylko, że za moich czasów nie był on jeszcze krakowski. Początkowo było to oddzielne miasto, które później zostało włączone do rosnącego Krakowa. Tam właśnie 26 września 1433 roku (data to znamienna bowiem tego dnia przypadało uroczyste wspomnienie przeniesienia ciała właśnie tutejszego św. Stanisława BM z kościoła na Skałce do Katedry Wawelskiej) przyszedłem na świat.
- Myślisz Ojcze - zmrużyłem oczy poddając w wątpliwość sugestię Rozmówcy - że wspomniany fakt miał jakieś znaczenie dla nadania Tobie imienia?
- Oj młody człowieku - uśmiechnął się Stanisław - z mojej strony to nie jest przypuszczenie. W tamtych czasach bardzo często dawano dzieciom imiona patronów dnia, w którym się urodzili. Nie mogło być inaczej w przypadku moich rodziców, którzy byli bardzo religijni i należeli do Bractwa Najświętszego Sakramentu przy parafii Bożego Ciała w Kazimierzu.
- Czyli - wtrąciłem - sam początek Twojego życia związany był z naszym św. Stanisławem?
- Oj nie tylko początek - odparł o. Stanisław - przez całe życie często pielgrzymowałem do nieodległego przecież kościoła na Skałce by zacieśniać relację z moim Patronem. Parę razy zresztą miałem zaszczyt widzieć Matkę Bożą, św. Stanisława czy też innych świętych.
- Czytałem gdzieś, że miałeś Ojcze dobrze sytuowaną rodzinę więc Twoje dziecięce i młodzieńcze życie upłynęło za pewne bardzo lekko?
- Faktycznie mój tata był zamożnym mieszczaninem zasiadającym też we władzach miasta ale dzięki Bogu nie znaczy to, że byłem rozpuszczony. Moi rodzice postarali się dla mnie o pobożnego wychowawcę i również w domu byłem właściwie wychowywany. Od tamtego czasu, czyli zasadniczo od dziecięcych lat byłem bardzo wrażliwy na niedolę najbiedniejszych i chorych. Wychowawca, o którym wspomniałem skierował mnie na Akademię Krakowską i tam w wieku 23 lat zdobyłem tytuł doktora filozofii a rok później doktora teologii. Po czym, inny by się chwalił a ja tylko powiem, objąłem własną katedrę na tejże Akademii.
- O jej - z wrażenia szeroko otwarłem oczy i złapałem się za głowę - w takiej sytuacji świat nauki a pewno i władzy stał dla Ojca otworem… Co poszło nie tak, że… - Czułem, że się zapędziłem i nie wiedziałem jak wybrnąć z tej niezręcznej sytuacji.
Święty Stanisław zauważył moje zakłopotanie i nie pastwiąc się nade mną dłużej przyszedł mi z pomocą.
- Oj Piotrze, Piotrze. Wszystko poszło właśnie tak jak miało pójść. Owszem, masz rację, miałem wiele propozycji ale całe życie żyjąc blisko Jezusa, Jego Matki i św. Stanisława, rozwijając tę relację również w trakcie studiów i pracy na Akademii czułem, że chcę czegoś więcej, czegoś więcej niż może dać mi ten świat.
- To coś więcej to zakonny habit? - nie kryłem zaskoczenia.
- Dokładnie tak - św. Stanisław był wyraźnie rozbawiony moim zaskoczeniem - Wróciłem do domu, do rodzinnej parafii gdzie pracowali kanonicy regularni żyjący w oparciu o regułę św. Augustyna. Spędziłem tam przepiękne 30 lat swojego życia.
- Nieprawdopodobne - wyrwało mi się - czym się tam Ojciec zajmował?
- Najpierw nauczałem współbraci filozofii i teologii a po otrzymaniu upragnionych święceń (bo największym moim szczęściem było najpierw uczestniczenie a później sprawowanie Eucharystii) przełożeni polecili mi pełnić obowiązki kaznodziei i spowiednika. To było piękne móc porywać wiernych słowem do większej zażyłości z Bogiem i w trybunale Miłosierdzia oddawać ich Bogu.
- No przyznam - pokiwałem z uznaniem głową - że to robi wrażenie. A co było później?
- Później? - św. Stanisław Kazimierczyk uśmiechnął się łagodnie ale tak niesamowicie promiennie, że całe Jego oblicze jakby zajaśniało - Później mój drogi, w trzydziestym roku mojego zakonnego życia mój czas tutaj na ziemi się wypełnił i z radością mogłem przejść do domu Ojca. Miało to miejsce 3 maja 1489 roku. Poszedłem do Nieba ale jednocześnie zostałem z wami. Przychodźcie tutaj do mnie częściej bo przecież to miejsce narodzin mojego Patrona i Przewodnika do Nieba.
Mając świadomość, że mój czas w Panteonie też już się wypełnił serdecznie pożegnałem się z nowo poznanym św. Stanisławem Kazimierczykiem i obiecałem, że będę częściej go odwiedzał. A stanie się tak z pewnością… Zwłaszcza po tym jak opowiedział mi jeszcze trochę co robił w swojej parafii - jakkolwiek enigmatycznie to zabrzmi - po swojej śmierci…
Piotr Sarlej
Foto 1: Figura św. Stanisława Kazimierczyka w Panteonie Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie.
Bazylika i Sanktuarium





