Aktualności
Serce zakute w kamieniu - sługa Boża Stanisława Leszczyńska
Czy sierpniowe niedzielne przedpołudnie to dobry czas na składanie wizyt? Odpowiesz pewno, że nie i będziesz mieć rację. Chyba, że odwiedziny dotyczą osoby, dla której czas nie ma znaczenia bo żyje poza czasem. Tak właśnie było tym razem. Udałem się do szczepanowskiego panteonu by odbyć rozmowę z kolejnym lokatorem tego przybytku. Okazało się, że tym razem to nie lokator a lokatorka, sługa Boża Stanisława Leszczyńska. Niedawno myślałem sobie o tym jak to świętość ma wiele twarzy, dosłownie i w przenośni. Tym razem dotknęło mnie coś jeszcze innego. Otóż bohaterstwo… Ale zacznijmy od początku.
Przechodząc przez bramę Panteonu ruszyłem prosto w kierunku ołtarza i figur dwóch świętych dostojników kościelnych. Gdy pokonałem połowę odległości między bramą i ołtarzem skierowałem się w prawo, w kierunku stojących w szeregu świętych i błogosławionych – w większości już moich dobrych znajomych. Docierając do nich skierowałem się w lewo. Przechodząc obok poznanych w poprzednich miesiącach świętych dotarłem do drobnej, skromnie ubranej kobiety o spokojnym, ciepłym spojrzeniu. Jej twarz nosi ślady wielu trudnych doświadczeń, ale nie ma w niej goryczy – jest za to łagodność, cierpliwość i wewnętrzna siła. Delikatne rysy, lekko opuszczone powieki i subtelny uśmiech sprawiają, że wzbudza zaufanie już od pierwszego spotkania. Włosy starannie ukrywa pod prostą chustą, a jej ubiór jest zarazem skromny i praktyczny. W ramionach z czułością trzyma malutkie dziecko. Robi to z niezwykłą pewnością i delikatnością, widać, że jest kimś kto zna małe dzieci i potrafi się nimi zajmować. Jej dłonie są spracowane, ale pewne i pełne troski.
- Szczęść Boże, znaczy… - zawahałem się widząc świecki strój kobiety – Dzień dobry, kogo dzisiaj mam przyjemność poznać w grodzie św. Stanisława BM?
- Ależ – odpowiedziała osoba, która właśnie poruszyła się na cokole – może być szczęść Boże i może być dzień dobry. Przecież jeszcze niedawno papież Franciszek rozpoczynał swoje wystąpienia od „dzień dobry”. A gdzie mnie tam zwykłej świeckiej osobie. Ważne by powitanie było szczere.
- Szczerze więc i z głębi serca powiem, szczęść Boże Pani Stanisławo. Widzę – zerknąłem na tablicę informacyjną znajdującą się obok nowopoznanej osoby – że jest Pani sługą Bożą. Czym zasłużyła sobie Pani na ten tytuł?
- Odpowiadając na Twoje pierwsze pytanie – uśmiechnęła się łagodnie – jestem Stanisława Leszczyńska i pochodzę z Łodzi. Czym sobie zasłużyłam? Nic nadzwyczajnego. Starałam się tylko jak najbardziej owocnie współpracować z łaską Bożą.
- Hmmm… - zamyśliłem się przez chwilę – Niby prosta recepta ale z własnego doświadczenia wiem, że jej zrealizowanie często nastręcza wielu problemów. Jak to było w Pani przypadku?
- Czy trudno? – odpowiadając zmrużyła troszkę oczy a jej twarz przybrała tajemniczy wyraz – To pewno zależy od tego, gdzie widzimy swój skarb… Ja urodziłam się 8 maja 1896 roku w Łodzi. Dwadzieścia lat później wyszłam za mąż a po czterech latach od dnia zawarcia ślubu wstąpiłam do szkoły położniczej w Warszawie, gdzie zdobyłam odpowiednią wiedzę, umiejętności i uprawnienia do wykonywania zawodu położnej z czego oczywiście korzystałam.
- Niedługo jednak – kierowałem wspomnienia Pani Stanisławy do kolejnego okresu jej życia – przyszła wojna. Jak Pani razem ze swoją rodziną zniosła tej okres?
- To był trudny czas – moja rozmówczyni spochmurniała – mieszkaliśmy w miejscu, gdzie później utworzono łódzkie getto więc musieliśmy się przenieść. Znaleźliśmy mieszkanie tuż za granicą wspomnianego getta.
- Niebezpiecznie blisko…
- Wystarczająco blisko – poprawiła mnie – żeby móc nieść pomoc Żydom z getta. W Bożym planie nie miałam jednak robić tego całą wojnę.
- Zrezygnowała Pani?
- Zostałam do tego namówiona – mrugnęła porozumiewawczo – przez gestapo.
- Jak to? – niedowierzałem.
- Niemcy wpadli na nasz trop i razem z rodzoną (z wyjątkiem męża i najstarszego syna, im udało się uniknąć tego losu) zostałam aresztowana i wywieziona do obozu koncentracyjnego w Auschwitz.
- To bardzo smutne. Jaki dzisiaj ma Pani stosunek do tego wydarzenia?
- Co mogę powiedzieć? To była wojna. Dobrych wieści było jak na lekarstwo. Teraz z perspektywy czasu widzę jednak, że byłam tam Bogu zwyczajnie potrzebna.
- Trudne są te słowa – zacytowałem Pismo – jak to rozumieć?
- Początkowo razem z jedną z córek pracowałyśmy w kamieniołomie. Później jednak, na pewno za zrządzeniem Bożym, dostałam przydział do szpitala obozowego, gdzie odbierałam porody. Niestety sytuacja nowonarodzonych tam dzieci była tragiczna. Te, które miały cechy Aryjskie miałam przekazywać do wynarodowienia i uczynienia z nich Niemców. Pozostałe, zdecydowaną większość, miałam bezwzględne polecenie władz obozowych, natychmiast topić w beczce z odchodami. Zresztą dwie położne, Niemki, tak właśnie robiły.
- To straszne – stwierdziłem z przerażeniem w szeroko otwartych oczach – jakie to uczucie wrzucać dzieci do tamtej beczki?
- Nie wiem – odpowiedziała.
- Przecież mówiła Pani…
- Tak. Mówiłam, że takie było polecenie za nie wykonanie którego groziła natychmiastowa śmierć. Nie mówiłam, że je chociaż raz wykonałam. Wszystkie dzieci, których poród przyjęłam urodziły się żywe i oddawałam je matkom. Niestety nie miałam więcej możliwości i ostatecznie najczęściej odbierali te dzieci matkom i zabijali. Ewentualnie dzieci umierały z różnych przyczyn związanych z życiem obozowym. Przeżyło bardzo niewiele. Mogliśmy jednak je wcześniej ochrzcić – korzystały z tego nawet matki będące Żydówkami bądź komunistkami. Nigdy nie chrzciłam wbrew woli matki ale też nigdy nie spotkałam się z odmową – no i matki mogły też pożegnać się ze swoimi dziećmi.
- To i straszne i niesamowite – byłem zarówno przerażony jak i pod ogromnym wrażeniem postawy Pani Stanisławy – ile odebrała Pani porodów? Kilkadziesiąt? Kilkaset?
- Około trzech tysięcy… – odpowiedziała ze łzami w oczach Pani Leszczyńska.
- Nieprawdopodobne... Chylę prze Panią czoło – mówiąc to głęboko się ukłoniłem – nie znajduję słów by wyrazić uznanie, które rozsadza moje serce… co było dalej?
- Obóz razem z Klarą, jedną z moich córek, która cały czas pomagała mi przy porodach, opuściłyśmy na początku lutego 1945 roku. Pierwsze nasze kroki skierowałyśmy do oświęcimskiego kościoła a później do rodzinnej Łodzi, gdzie spotkała się wspólnie cała nasza rodzina. No… z wyjątkiem Bronisława, mojego męża, który zginął w powstaniu Warszawskim. Do 1958 roku pozostałam wierna zawodowi położnej. Na spotkanie z mężem zostałam zabrana 11 marca 1974 roku. Od tego czasu żyjemy wiecznie i szczęśliwie – zakończyła z szerokim uśmiechem. Bo widzisz Piotrze – Pani Stanisława chciała jakby spuentować swoje słowa – najważniejsza jest miłość. Miłość to życie, gdy nie ma miłości, nie ma życia. Tym przesłaniem starałam się cale życie kierować. Tego życzę również Tobie.
Podziękowałem za rozmowę i pożegnawszy się powoli wracałem do domu. W głowie brzmiały mi ostatnie słowa Pani Stanisławy – najważniejsza jest miłość, która daje życie. Jakże wiele znaczeń mają te słowa. Jakże piękną są receptą na owocne życie. Tylko tyle i aż tyle.
Piotr Sarlej
Foto 1: Figura sługi Bożej Stanisławy Leszczyńskiej w Panteonie Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie.
Bazylika i Sanktuarium





