Aktualności
Serce zakute w kamieniu (cz.18) bł. ks. Stanisław Mysakowski
Zmierzając w kierunku Panteonu nie odstępowała mnie jedna myśl. Niby odpowiedź na pytanie rodzące się w mojej głowie jest prosta, ale czy rzeczywiście? Dla kogo – tak sobie myślę – jest przewidziany tytuł błogosławionego czy świętego? Czy by osiągnąć ten stan trzeba być kimś niezwykłym? A może właśnie trzeba być takim zwyczajnym bo przecież powołanie do świętości jest powszechne… Czy trzeba mieć jakąś specjalną misję, jakieś dary czy charyzmaty? Przed oczami przesuwali mi się wielcy święci tacy jak o/ Pio czy Faustyna. No tak. Ale przecież św. Stanisław BM był duchownym żyjącym blisko Boga i kierując się miłością wstawiał się u króla za swoimi owieczkami.
- No tak ale jednak wskrzesił rycerza z Piotrawina.
Stanąłem jak wryty. Głos, który do mnie dobiegł zupełnie mnie zaskoczył. Okazało się, że nawet nie zauważyłem kiedy dotarłem do celu swojego spaceru. Zupełnie bezwiednie kierując się pod konkretną figurę. Podniosłem wzrok i moim oczom ukazał się szczupły mężczyzna, za okularami, w czarnej sutannie. Stał wyprostowany, spokojny i skupiony. Miał pociągłą twarz, wysokie czoło. Jego spojrzenie jest skierowane na mnie, jakby właśnie słuchał człowieka, który zwrócił się do niego z jakąś ważną sprawą. Prawą dłoń przykłada do brody, a lewą rękę składa na wysokości brzucha. Ten gest nadaje całej postaci zamyślony, refleksyjny charakter. Mówiąc do mnie słowa pobłażliwie się uśmiechał.
- O szczęść Boże – przywitałem się zaskoczony – nawet nie widziałem kiedy tutaj dotarłem.
- Szczęść Boże – odparł – widziałem, że byłeś dość nieobecny.
- Chyba nie miałem jeszcze przyjemności poznać. Jestem Piotr i pochodzę z tutejszej parafii.
- Ja jestem Mysakowski, Stanisław Mysakowski – uśmiechnął się szeroko, wiedział bowiem z czym niechybnie skojarzy mi się taka forma przedstawienia się - przybyłem tutaj, do grodu swojego świętego imiennika z Wojsławic koło Chełma gdzie 14 września 1896 roku przyszedłem na świat jako syn Mikołaja i Władysławy.
- Przyznam szczerze – troszkę niezręcznie się poczułem – że nie znam Księdza… Czy może coś o sobie powiedzieć?
- Nie ma sprawy – odparł łagodnym tonem – Kiedy i gdzie się urodziłem to już wiesz. Później po ukończeniu pięcioletniego gimnazjum i sześcioletniego seminarium, w 1920 roku otrzymałem święcenia kapłańskie. Po wakacjach tego samego roku zostałem przez biskupa skierowany na wydział teologii w celu kontynuowania studiów na KULu. Końcowe absolutorium ze świadectwem ukończenia uczelni uzyskałem w 1924 r.
- Gratuluję – wpadłem w słowo rozmówcy – wyższe studia w tamtym czasie pewnie jeszcze bardziej niż teraz, były przepustką do wyższych sfer i lepszego życia.
- Pewnie tak – ks. Stanisław pokiwał głową – ale ja miałem inny plan. Ukończyłem studia ale nie broniłem tez licencjackich by szybciej i pełniej oddać się pracy duszpasterskiej jako wikariusz w parafiach Lublina.
- To zdecydowanie myślenie nielicujące z myślami świata…
- Jakoś zupełnie mnie to nie interesowało. Tutaj jesteśmy przecież tylko pielgrzymami.
- No tak, to jest jakiś kierunek – stwierdziłem – Czy jest jakiś charakterystyczny rys Księdza działalności duszpasterskiej? Czy opierała się na jakichś szczególnych fundamentach?
- Fundament – mówiąc te słowa podniósł ręce w górę i spojrzał w niebo – może być tylko jeden, to Jezus. Ale ta, miałem takie trzy filary, które mocno zakorzenione w fundamencie podtrzymywały moją działalność na niwie Pańskiej.
- Jakie to filary? – Zapytałem z zainteresowaniem.
- Wydaje mi się – odpowiedział – że te punkty są dość oczywiste ale czasem nie dość eksponowane.
1. krzewienia i wzrastania miłosierdzia chrześcijańskiego,
2. niesienia pomocy najbiedniejszym oraz
3. szerzenia wiedzy religijnej.
O każdym z tych punktów można by mówić oczywiście znacznie dłużej ale jeśli będziesz tu jeszcze przychodził to będziemy wchodzić w szczegóły.
- Z całą pewnością będę zainteresowany. Już teraz natomiast interesuje mnie to w jakie konkrety przekuwał Ksiądz wspomniane wcześniej filary?
- Służę uprzejmie informacją – pochylił się uprzejmie i zaczął wymieniać – byłem współzałożycielem „Związku Kapłanów Dobrego Pasterza”, patronowałem lubelskiemu oddziałowi „Polskiego Związku Zawodowego Chrześcijańskiej Służby Domowej” („Stowarzyszenie p.w. św. Zyty”), które opiekowało się dziewczętami przybywającymi ze wsi do pracy w mieście.
- To ładnie – przyznałem – ale to dość takie pomaganie na odległość…
- Masz absolutną rację. Trzeba bowiem działać na różnych kierunkach. Ponad to bowiem prowadziłem działalność na rzecz najuboższych. Dane mi było kierować schroniskiem dla staruszek przy ul. Kalinowszczyzna 59, prowadziłem kuchnię dla ubogich przy Krakowskim Przedmieściu 5 w Lublinie. Organizowałem kursy samokształceniowe, kursy samochodowe, pracownię krawiecką. Byłem założycielem organizacji „Rycerz Serca Jezusowego” (w 1924 r. poświęciło się Mu w Lublinie 310 rodzin!), redagowałem i wydawałem pismo „Echo Parafialne”, a także uruchomiłem kino przy parafii Nawrócenia św. Piotra.
- Muszę przyznać, że to robi wrażenie – szeroko otwarłem oczy – A czy była jakaś grupa społeczne, której Ksiądz poświęcał jakoś więcej uwagi?
- Hmmm… - zastanowił się chwilę – była. Ale nie tyle grupa społeczna co grupa wiekowa. To nie ma nic wspólnego z utylitaryzmem ale duży nacisk kładłem na formowanie młodzieży, w której widziałem przyszłość narodu. Współpracowałem ze „Świetlicą dla dzieci ulicy”, w łączności z Zarządem Patronatu nad Młodzieżą Anormalną przy Szkole Specjalnej. Organizowałem kolonie dla dzieci z ubogich rodzin. W parafii p.w. św. Floriana w Krężnicy Jarej, w lesie, wybudowałem dom, do którego przyjeżdżały dzieci na ferie i wakacje i spędzały tam czas wolny. W 1935 r. zorganizowałem powszechnie dostępną czytelnię „Wiedza”, z pokaźnym księgozbiorem. Organizowałem też pielgrzymki na Jasną Górę. To tak w telegraficznym skrócie – mrugnął okiem porozumiewawczo.
- Wow… Jestem pod ogromnym wrażeniem… Ile dziesięcioleci miał Ksiądz do dyspozycji?
- Dokładnie półtorej – zamyślił się – dokładnie po piętnastu latach mojej pracy duszpasterskiej przyszli Niemcy i wszystko zniszczyli.
- To rzeczywiście przygnębiające. Ale też wcześniejsza działalność Księdza budzi ogromny szacunek i uznanie. Jak spędził Ksiądz okres okupacji?
- No cóż. Już w listopadzie 1939r. w obawie przed represjami w stosunku do mojego schorowanego taty, będąc poszukiwanym, zgłosiłem się na gestapo i zostałem wywieziony do obozu koncentracyjnego Sachsenhausen a później do Dachau w którym 30 października 1942 roku zakończyłem tę ziemską tułaczkę.
- Nie wiem co powiedzieć... – przyznałem z ponurą miną.
- Nic nie musisz mówić – Ksiądz Stanisław łagodnie się uśmiechał a jego oblicze było znowu pogodne – Pamiętasz, idąc tutaj zastanawiałeś się nad tym czy by zostać beatyfikowanym czy kanonizowanym trzeba przejawiać jakieś nadludzkie moce czy działać jakimiś niezwykłymi charyzmatami. Spójrz na mnie. Spodobało się Bogu zaliczyć mnie w poczet błogosławionych. A przecież nie byłem obdarzony nadzwyczajnymi darami. To co tutaj liczy się najbardziej to włożyć wszystkie siły we współpracę z łaską Bożą. Odczytywanie i realizacja Bożej miłości w świecie to jest to, co tak naprawdę się liczy. Zapraszam więc do współpracy.
Podziękowałem za rozmowę i jakże mądre wskazówki. Uśmiechnąłem się szeroko i serdecznie pożegnałem. Wracając do domu ciągle myślałem o tym jak niewiele trzeba. Tylko realizować w życiu złożone w nas przez Boga dary, talenty. Tylko tyle, czy aż tyle?
Piotr Sarlej
Bazylika i Sanktuarium





