Aktualności
Serce zakute w kamieniu - bł. s. Julia Rodzińska
Kolejny raz przekraczam próg Panteonu Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie. Kto wie, czy tak trochę się od tego nie uzależniłem. Ale z drugiej strony myślę, że jeśli zwrócić uwagę na kontakty, jakie tam nawiązuję, to warto bo przecież jak stare przysłowie głosi, z jakim przystajesz takim się stajesz. A summa summarum warto skończyć tak jak postacie, które znalazły się we wspomnianym Panteonie. Piękna, wiosenna pogoda, słońce w pełnej krasie, śpiew ptaków i zapach kwiatów – głęboko współczuję wszystkim alergikom – tym bardziej zachęca do wyjścia w plener.
Wszedłem w szczepanowską przestrzeń świętych obcowania i omiotłem spojrzenie wszystkich zebranych, ustawionych obok krużganków świętych i błogosławionych. Wypatrzyłem postać, która tym razem jest celem mojej wizyty. Przyznam, że wcześniej nie miałem okazji nie tylko bliżej poznać ale w ogóle kiedykolwiek spotkać. Stoi spokojnie. Jest szczupła, jej postawa ma w sobie naturalną prostotę i godność. Głowę lekko pochyla, jakby słuchała czegoś ważnego, co rozbrzmiewa tylko w ciszy, jakby trwając w modlitewnej zadumie słuchała Boga. Pewno dlatego na twarzy maluje się łagodność i skupienie. Oczy zapatrzone w ziemie pełne zadumy. Jej postać odziana w habit z welonem na głowie i splecionymi do modlitwy rękami emanuje ciszą, spokojem ale też wewnętrzna siłą.
Podszedłem nieśmiało i skłaniając głowę niezbyt głośno ale wyraźnie przywitałem się:
- Szczęść Boże siostro – tutaj zerknąłem na tabliczkę obok nowo poznawanej siostry – Stanisławo, Mario, Józefo Rodzińska.
Troszkę zmieszany podniosłem wzrok by spojrzeć w oczy siostry o trzech imionach… zobaczyłem delikatnie uśmiechniętą Siostrę i usłyszałem Jej słowa.
- Szczęść Boże. Mówi mi Julia – na widok mojej konsternacji Jej subtelny uśmiech zamienił się w radosny śmiech. Po chwili kontynuowała – trzy imiona dostałam na chrzcie. Warto mieć patronów, do których można uciekać się w sprawach życia codziennego. Natomiast w zakonie otrzymałam imiona Maria, Julia. Maria na cześć Matki Bożej, to taki zwyczaj w naszym zakonie.
- Dziękuję s. Julio za tak dokładne wyjaśnienie imiennych zawiłości – starałem się wybrnąć z kłopotliwej sytuacji – od razu można poznać dydaktyczne podejście. Czyżbym się mylił?
- No nie wiem czy tak od razu. Czy przypadkiem – mrugnęła porozumiewawczo – nie zasięgnąłeś wcześniej języka na mój temat? Faktycznie tematy związane z kształceniem i wychowywaniem innych są mi bardzo bliskie.
- Nic się przed Siostrą nie ukryje – uśmiechnąłem się delikatnie troszkę rumieniąc – Jednak nie przeprowadzałem wcześniej kwerendy na Siostry temat a tylko rzucając okiem na tą tabliczkę tutaj – wskazałem tabliczkę obok Rozmówczyni – zauważyłem jakieś słowo o edukacji. Ale przecież nie od urodzenia siostra… była Siostrą i nie od razu uczyła. Mogę wiedzieć co było wcześniej?
Siostra Julia zamyśliła się chwilę jakby wędrował gdzieś daleko i jeszcze raz przeżywała swoje pierwsze lata, wędrując w rodzinne strony.
- Urodziłam się – zaczęła powoli jakby starając sobie wszystko dobrze przypomnieć – pod koniec XIX wieku, 16.III.1899 r. w Nawojowej, więc całkiem niedaleko. Urodziłam się jako drugie z pięciorga dzieci Marianny i Michała. Ponieważ byłam bardzo słaba nie dawano mi wielkich szans na to, że przeżyję dlatego już drugiego dnia mojego życia ochrzczono mnie. Imiona już znasz. Jak widzisz Boże plany wobec mnie były jednak inne niż szybkie zabranie mnie z tego świata. Niestety jednak moje szczęśliwe dzieciństwo nie trwało długo bo najpierw gdy miałam 8 lat umiera moja mama a dwa lata później mój tata. Bardzo szybko więc ja i moje rodzeństwo zostaliśmy sami… długo by mówić czemu ale mimo tego, że mieliśmy dużą rodzinę nikt nie chciał się nami zająć. Sprawą zajęli się tamtejszy proboszcz i matka przełożona pracujących w Nawojowej Dominikanek. Niestety zostaliśmy rozdzieleni. Moja czteroletnia siostra Janina i ja trafiłyśmy pod opiekę wspomnianych sióstr. Muszę przyznać, że otrzymałyśmy tam wychowanie dobrze przygotowujące nas do życia jak i do mojej późniejszej pracy.
- Oj przykre to i trudne… - grobowym tonem powiedziałem po chwili namysłu – Nie wiem co powiedzieć…
- Nie ma co mówić – z pogodnym obliczem kontynuowała s. Julia – wszystko jest po coś. Zawsze musimy ufać Bożej Opatrzności. Pobyt wśród ss Dominikanek rozwinął mój talent edukacyjny, który zaczęłam formalizować w Nowym Sączu w Seminarium Nauczycielskim, które jednak przerwałam bo czułam w swoim sercu niedosyt…
- A tak, rozumiem – wpadłem Siostrze w słowo – pewnie jakiś mężczyzna…
- Cóż tu dużo mówić – odpowiedziała Błogosławiona – masz rację. Ten mężczyzna to Pan Jezus.
Siostra szeroko się uśmiechnęła a ja spłonąłem wstydem i spuściłem wzrok. Moja Rozmówczyni jakby nie zauważając – za co byłem jej wdzięczny – mojego nietaktu kontynuowała.
- Czułam niedosyt bo jak mówił św. Augustyn „niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Bogu”. Moje spoczęło i cały czas jeszcze mocniej się do Niego wyrywało dlatego wstąpiłam do nowicjatu i 3 sierpnia 1917 r. otrzymałam biały habit i nowe imię, które już znasz.
- Szkoda jednak – stwierdziłem – że porzuciła Siostra swój talent dany przecież przez Boga.
- Kto powiedział, że porzuciłam? – Odparła – tylko przełożyłam w czasie. Już po pierwszych ślubach zostałam wysłana do Krakowa by kontynuować przerwaną naukę. Później moje życie na długie lata i tak naprawdę do końca mojego życia na wolności było związane z pracą wśród dzieci wychowując je i kształcąc. Znowu przydało mi się tutaj moje własne doświadczenie bycia sierotą. Potrafiła „wejść w ich skórę” i dobrze ich zrozumieć, zaspokoić ich potrzeby zarówno duchowe, cielesne jak i psychiczne. Oj dużo to było cudownej pracy, jednocześnie dalej się kształciłam i kształciłam też mimo swego młodego wieku innych nauczycieli. Przy tej okazji poznałam ks. Michała Sopoćkę, późniejszego spowiednika św. s. Faustyny – znasz zapewne – To on nauczał mnie zasad pedagogiki płynących z Ewangelii.
- Pięknie się tego słucha proszę Siostry. Ależ to wszystko musiało przynosić piękne owoce.
- Tak było – spochmurniała nieco – tak by było gdyby nie wojna. Już we wrześniu 1940 roku nacjonaliści litewscy zwolnili wszystkie siostry z pracy jako nauczycielki czy wychowawczynie. By nie tracić kontaktu z dziećmi w Zakładzie Sierot nakazałam siostrom zdjąć habity i zatrudniliśmy się jako personel techniczny. Jednak niedługo odebrano nam nawet taką możliwość. Musiałyśmy się rozproszyć. Ja z paroma koleżankami znalazłyśmy schronienie u sióstr Wizytek. Cały czas starałam się pomagać wileńskim księżom emerytom, którzy byli w katastrofalnej sytuacji.
- Gdzieś mimo chodem – zacząłem ostrożnie – natknąłem się na informację, że była Siostra łączniczką AK. Niestety nigdzie tej wiadomości nie mogę potwierdzić…
- I niech tak zostanie… - Tajemniczo odparła s. Julia.
- Zabrzmiało tajemniczo – podsumowałem ostatnie zdanie Rozmówiczyni – gdzie więc zastał Siostrę koniec wojny?
- Koniec wojny – odpowiedziała – zastał mnie w niebie.
- Jak to? Niedowierzałem.
- 12 lipca 1943 roku zostałam aresztowana przez niemieckie gestapo. Przez rok byłam przetrzymywana w więziennej izolatce gdzie… - błogosławiona zawahała się przez chwile - … gdzie nie było łatwo… reszta niech pozostanie milczeniem.
- Bardzo mi przykro – odparłem.
- Wojna… - Błogosławiona pochyliła głowę – módlcie się by nigdy was nie spotkała. W lipcu 1944 roku przewieziono mnie do obozu koncentracyjnego Stutthof koło Gdańska. Tam trafiłam do baraku z Żydówkami, które w pierwszej kolejności miały być poddane eksterminacji. Czas jednak płynął a mnie udało się tam zorganizować grupę modlitewną. Właśnie modlitwa zwłaszcza różańcowa i Eucharystia, gdy tylko udało się Ją „zdobyć” była dla mnie źródłem siły.
- 1944 rok… Do końca wojny zostało już tak niedługo… - zamyśliłem się chwilę i zaraz dodałem – tak, wyobrażam siebie. Tam czas płynął zupełnie inaczej.
- Trudno się nie zgodzić. W listopadzie tamtego roku wybuchła w obozie epidemia tyfusu. Nie mogłam, nie potrafiłam zostawić tych chorych samym sobie, zupełnie bez pomocy. A tak właśnie zostali zostawieni. Poszłam do nich i tam już zostałam. Ale tak naprawdę dostałam przecież dużo więcej niż dożycie do wyzwolenia obozu. Otrzymałam wieczność ze swoim Oblubieńcem.
- Droga, błogosławiona s. Julio – powoli zacząłem się żegnać – bardzo dziękuję za to spotkanie i te wszystkie słowa jakie od Siostry usłyszałem. Czy jest coś co szczególnie chciałaby Siostra przekazać ludziom dzisiaj?
- Tak – odparła bez wahania – Najpierw chciałabym, żebyś nie koncentrował się na ostatnim czasie mojego życia, na moim cierpieniu bo ono przecież samo w sobie nie jest niczym dobrym. Większość swojego życia byłam nauczycielką. Mój przekaz to zachęta do tego, by ciągle uczyć się kochać, kochać Boga w drugim człowieku. To bardzo ważne, w drugim człowieku.
- Bardzo dziękuję. Serdecznie pozdrawiam. Siostro Julio, bądź z nami jak najczęściej.
Piotr Sarlej
Foto 1: Figura bł. s. Julii Rodzińskiej w Panteonie Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie.
Bazylika i Sanktuarium





