Aktualności
Serce zakute w kamieniu - bł. o. Zbigniew Strzałkowski
Już nie pamiętam, który raz odwiedzam szczepanowski Panteon. Za każdym razem jednak jest to wizyta, która trwa w moim sercu jeszcze długo po tym jak wrócę do domu.
Przekroczyłem próg Panteonu i od razu skierowałem się w kierunku mojego dzisiejszego rozmówcy. Zobaczyłem Go już z daleka. Jego postać stoi na swoim cokole z łagodnym, niemal ledwo dostrzegalnym uśmiechem, który maluje się na jego twarzy. Ma krótkie, gęste i lekko kręcone włosy, a jego spojrzenie bije spokojem i pewnością. Jest to młody mężczyzna w zakonnym habicie o postawie pełnej pokory, ale i wewnętrznej siły. Człowiek ten wydaje się emanować aurą kogoś, kto potrafi słuchać i nie boi się trudnych wyzwań. Choć zastyga w bezruchu, bije od niego ciepło i gotowość do pomocy drugiemu człowiekowi.
Podszedłem, przywitałem się po chrześcijańsku i jakoś „odebrało mi mowę” mój rozmówca patrzy zdziwiony i delikatnie stara się przełamać impas w budowaniu naszej relacji.
- Jestem Zbigniew Strzałkowski, franciszkanin. Co cię do mnie sprowadza?
Bardzo powoli zacząłem wracać do rzeczywistości.
- Chciałbym, chciałbym… Zacznijmy od Ojca śmierci – wypaliłem – co chciałby Ojciec na ten temat nam powiedzieć, czym się podzielić?
- Chciałbym powiedzieć – zaczął z namysłem – że nie chcę do tego wracać – zaskoczyły mnie te słowa i dotarło do mnie jaką gafę popełniłem. Zakonnik jednak nie zwracając uwagi na moją konsternacje kontynuował – jak na pewno wiesz, Bóg śmierci nie uczynił. Śmierć jest zła. Owszem na drodze do domu Ojca musimy przejść przez bramę z zawieszoną na niej tabliczką z napisem „śmierć” ale człowiek załatwił to sobie na własne życzenie, od początku miało by inaczej.
- Ale przecież – podrapałem się po głowie – jest Ksiądz nazywany też męczennikiem z Pariacoto…
- Zgadza się – franciszkanin dobrotliwie się uśmiechnął – męczennik, z nabożeństwem tak na mnie czasem mówią. Ale gdybym wcześniej nie był wyznawcą to moja śmieć nie zostałaby odczytana w wymiarze religijnym. Taki św. Dyzma, dobry łotr, bez wątpienie śmierć miał okrutną i mimo, że jesteśmy razem w niebie, nikt nie nazywa go męczennikiem.
- No tak – przyznałem – to prawda. Od czego? Gdzie? Wszystko się zaczęło?
Ksiądz Zbigniew zamyślił się chwilę, jego spojrzenie jakby niewidzące zdawało się sięgać dalej niż pozwalały na to mury naszego Panteonu, uśmiechnął się ciepło i zaczął opowiadać.
- W Tarnowie… To tam 03 lipca 1958 roku przyszedłem na świat i w Tarnowie też, tym razem na wzgórzu świątynnym – mrugnął porozumiewawczo – znaczy w tarnowskiej katedrze urodziłem się jako dziecko Boże. Razem z rodzeństwem i rodzicami mieszkałem w Zawadzie, podtarnowskiej miejscowości. Dzięki rodzinnej atmosferze stworzonej przez rodziców cały czas wzrastałem w miłości do Boga i ludzi.
- A ja słyszałem – wpadłem Rozmówcy w słowo – że dawał się Ksiądz we znaki nauczycielom i kolegom w szkole…
- Hmmm… - o. Zbigniew zdawał się zastanawiać, gdy po jego twarzy błąkało się rozbawienie – Nie żebym podważał to, co mówisz ale to chyba jednak o innym Zbigniewie. Powiem tak. Inny by się chwalił a ja tylko powiem, że uchodziłem za zdyscyplinowanego i zdolnego ucznia. Tych moich cech nie wahałem się użyć formując się intelektualnie w szkole podstawowej w Zawadzie i później w technikum w Tarnowie.
Zmieszałem się, poczerwieniałem i niewyraźnie wydukałem.
- Przepraszam… chyba faktycznie miałem mało precyzyjne informacje… - otrząsnąłem się z zakłopotania i kontynuowałem – A po technikum? Szybki „transfer” na tą bardziej duchową stronę naszej rzeczywistości?
- Znowu muszę cię zaskoczyć – odparł o. Zbigniew – po maturze pracowałem jeszcze w Tarnowie i Tarnowcu rozeznając swoje powołanie.
- Kiedy więc podjął Ojciec decyzję o zostaniu ojcem? – zapytałem troszkę przekornie.
- W 1979 roku wstąpiłem do Zakonu Franciszkanów.
- Ostatecznie jednak „wylądował” Ojciec na misjach. Kiedy podjął taką decyzje? To była Twoja decyzja czy przełożonych?
- Już na samym początku, składając podanie o przyjęcie do Zakonu zaznaczyłem, że jestem zainteresowany również pracą na misjach, wszędzie tam gdzie Bóg mnie pośle. Gdy w 1984 roku złożyłem śluby wieczyste skierowałem do prowincjała prośbę o skierowanie do pracy misyjnej. Później otrzymałem święcenia kapłańskie i realizowałem jeszcze w kraju różne obowiązki. Ostatecznie jednak, jak to powiedziałeś „wylądowałem” na misjach mocą decyzji przełożonych. Wiadomo, to przecież jednak zakon.
- Misje – zamyśliłem się chwilę – zawsze kojarzyły mi się z ciężkim kawałkiem chleba…
- Czy ja wiem? Nie sądzę – odpowiedział o. Strzałkowski – jeśli robisz coś do czego wzywa cię sam Bóg to nawet obiektywnie najcięższe rzeczy dają przyjemność. Ja zostałem wysłany do Ameryki Południowej, do leżącego w peruwiańskich Andach Pariacoto. Całe swoje misyjne życie tam spędziłem.
- Czyli jak długo?
- Trzy lata – odpowiedział.
- Oj… - jęknąłem.
- No dobra – o. Zbigniew delikatnie się uśmiechnął – niecałe. Wyjechałem na misje 28 listopada 1988 a do domu Ojca zostałem powołany 9 sierpnia 1991 roku.
- To tragiczne – odpowiedziałem z bolesnym wyrazem twarzy.
- Ja patrzę na to nieco inaczej – odpowiedział Ojciec – nic bez woli Boga się nie dzieje. Widocznie mój czas już się wypełnił.
- O. Zbigniewie, na koniec – stwierdziłem – pozwolę sobie na szczere wyznanie… Tak sobie rozmawiamy tutaj i wygląda Ojciec na całkiem normalnego człowieka… A jednak świętego…
Franciszkanin wybuchnął radosnym głośnym śmiechem lecz po dłuższej chwili się uspokoił, odpowiedział.
- No… póki co to jednak błogosławionego – jeszcze raz uśmiechnął się szeroko – ale przecież w tym nie ma nic dziwnego. Dla człowieka, będącego stworzeniem i dzieckiem Bożym świętość to naturalny stan. Wszystko inne jest nie normalne i dlatego, jak mówił św. Augustyn, niespokojne jest serce człowieka dopóki nie spocznie w Bogu.
Podziękowałem za rozmowę i wyszedłem z Panteonu. Wracając do domu myślałem w kontekście całej rozmowy o ostatnich słowach o. Zbigniewa. O tym jaki stan życia jest dla człowieka normalnym i o tym co trzeba robić by tak żyć.
Piotr Sarlej
Foto 1: Figura bł. o. Zbigniewa Strzałkowskiego w Panteonie Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie.
Bazylika i Sanktuarium





