Aktualności
Serce zakute w kamieniu - bł. Celestyna Faron
Zima… Muszę przyznać, że tym razem zima pokazała, iż ocieplenie klimatu nie do końca jej dotyczy. Wychodząc z domu musiałem więc naciągnąć czapkę na uszy a zamek kurtki zasunąć do samej brody by chociaż troszkę osłonić się przed mroźnym wiatrem siekącym drobnymi płatkami śniegu. Płatki wciskały się w każdą szczelinę ubrania przy okazjiskutecznie niemal uniemożliwiały oglądania tej – skądinąd – pięknej szaty, w którą zima wystroiła otaczający mnie świat.Ktoś mógłby zapytać, co skłoniło mnie do wyjścia w ten zimny styczniowy dzień? Otóż słusznym wydaje się rozpocząć rok w dobrym towarzystwie. Uznałem, iż słusznym będzie wybrać się do szczepanowskiego Panteonu by u progu wyzwań, z którymi nadszedł nowy rok, zaczerpnąć nieco niebieskiej mądrości a przy okazji zawrzeć jakąś nową znajomość. Odcinek, który miałem pokonać nie jest długi,jednak zimowe chodniki często nie należą do najłatwiejszych, najbezpieczniejszych dróg dotarcia do celu. Tak też było tym razem. Idąc więc i wykonując co chwila piruety, by nie zaliczyć twardego lądowania starałem sobie przypomnieć z kim dzisiaj będę miał okazję porozmawiać. Niestety jednak pomimo moich starań w głowie miałem pustkę. Chociaż do pustki w głowie to już powinieneś się przyzwyczaić – wpadła mi do głowy taka myśl. Zaśmiałem się sam do siebie dodając – no coś w tym jest. Koniec końców stanąłem przed bramą Panteonu. Chociaż powietrze było mroźne to czuć było jakieś ciepło, duchowe ciepło emanujące z tego miejsca. Energicznie więc przekroczyłem jego próg i kierując się w prawą stronę ruszyłem wzdłuż szeregu świętych i błogosławionych, których miałem przyjemność poznać podczas moich poprzednich wizyt w tym miejscu. Przeszedłem obok już dziewięciu postaci i stanąłem przed dziesiątym postumentem. Spojrzałem w górę – na świętych i błogosławionych w szczepanowskim Panteonie zawsze trzeba patrzeć do góry. Ale to tak w kierunku nieba, pomyślałem, bo oni zawsze pokazują nam Ojca i Jego dom jako to, co najważniejsze – zobaczyłem szczupłą, młodą zakonnicę. Nie znałem Jej. Spuściłem wzrok i omiotłem spojrzeniem tabliczkę z imieniem i nazwiskiem. Błogosławiona Faraon – przeczytałem. Przeczytałem i znieruchomiałem przyglądając się dokładniej. Błogosławiona czy błogosławiony…? Faraon…? Jak to? Litery jakoś dziwnie nie chciały mi się ułożyć. Wtedy usłyszałem radosny śmiechosoby stojącej na cokole.
- Celestyna F a r o n – powiedziała zanosząc się śmiechem i powoli oraz dokładnie wymawiając swoje nazwisko postać z postumentu, przed którym stałem – dla rodziny Katarzyna, Stanisława. Cieszę się, że przyszedłeś.
Szybko pozbierałem rozpierzchłe na chwile myśli i odpowiedziałem.
- Szczęść Boże siostro Celestyno. Ależ to ja cieszę się, że nas zaszczyciłaś swoją obecnością. Zdradzisz może skąd przyprowadził Cię tutaj Najwyższy?
Na te słowa Siostra spojrzała do góry. W lot poznałem, co z pewnością będzie chciała powiedzieć dlatego nim jeszcze zaczęła mówić szybko uzupełniłem.
- Tak, tak wiem, że z Nieba ale zastanawiałem się w którym miejscu naszego padołu łez chodziłaś po ziemi.
Siostra z wesoło na mnie popatrzyła i uśmiechnęła się.
- Ależ ty jesteś niecierpliwy – łagodnym, miękkim głosem odpowiedziała – na szczęście w mojej pracy zawodowej miałam do czynienie z różnymi „ananasami” – mrugnęła porozumiewawczo – widzę, że chyba cię zaskoczę ale domyśliłam się, o co pytasz. Popatrzyłam w niebo, by wymienić jeszcze parę myśli ze swoim Oblubieńcem.
Zarumieniłem się i milcząc czekałem na dalsze słowa nowej Znajomej. Ona zauważyła moje zakłopotanie ale już, na szczęście, nie drążyła tego tematu.
- Na świat przyszłam 24 kwietnia 1913 roku w Zabrzezy, to miejscowość troszkę poniżej i na zachód od Nowego Sącza.Gdy miałam pięć lat zmarła mi mama – wydało mi się przez chwilę, że oczy Siostry zaszkliły się na wspomnienie tamtych przeżyć – po tym wydarzeniu tata zajął się wychowaniem moich braci a ja trafiłam do krewnych w nieodległej Kamienicy. Nie mogę jednego złego słowa powiedzieć o tym jak byłam tam traktowana. Przyjęli mnie jak swoje własne dziecko. Tak, ale już nie miałam do kogo mówić „mamo”…
Siostra Celestyna na chwilę zamilkła jakby jeszcze raz przeżywała tamten tragiczny okres swojego życia. Chociaż w tym milczeniu, w wyrazie jej oczu nie było rozpaczy, jakiegoś cierpienia. Było coś innego, czego nie potrafiłem jeszcze nazwać.
- Nie miałam – kontynuowała – do kogo mówić „mamo” nie licząc teściowej.
Wyprostowało mnie na te słowa i z jeszcze większą uwagą i niedowierzaniem spojrzałem na Siostrę, która kontynuowała.
- No nie rób takich oczu. Człowiek nie może przecież być sam. Od szesnastego roku życia miałam sympatię, chociaż teraz chyba już tak się nie mówi – szeroko się uśmiechnęła, chociaż mi w ogóle nie było do śmiechu – niedługo później wzięliśmy ślub… na wieczność.
Takiego wyrazu twarzy jak wtedy u s. Celestyny nie widziałem jeszcze nigdy. Takiego szczęścia i „rozanielenia”. Mój stan duchowy był jednak zgoła inny. Oczy wielkości spodków do kawy, ciśnienie krwi poszybowało w kosmos, łomot tętna na skroni twarzy zroszonej potem.
- Ale jak to? – starałem się wyartykułować swoje rozbiegane myśli – Sympatia? Ślub? A ten strój, który siostra (czy aby na pewno?) ma na sobie? Możliwe, żeby w Watykanie przeoczyli taki „drobiazg” – mówiłem chyba nieco drżącym głosem.
- Spokojnie, spokojnie bo mi tutaj zejdziesz a jak wiem z dobrze poinformowanych źródeł to jeszcze nie twój czas – szeroko się uśmiechnęła – chyba wyciągasz błędne wnioski. Moje słowa to żaden coming out. Sam powiedz. Kim jest Jezus Chrystus dla każdej zakonnicy?
Milczałem przez chwilę patrząc na osobę stojącą przede mną
- O b l u b i e ń c e m… - powiedziałem powoli kładąc dłoń na czole – a tym tropem idąc Jego Matka to…
- Teściowa – z głośnym śmiechem Celestyna dokończyła za mnie – tym tropem idąc masz rację.
- Niesamowite – kręciłem, już z uśmiechem, głową – nikt mnie tu jeszcze tak nie wkręcił. Ale gdy już weszła siostra do takiej rodziny to dalej było już pewno z górki?
- Nooo nie mogło być inaczej – odpowiedziała – wstąpiłam do Zgromadzenia Sióstr Służebniczek Najświętszej Maryi Panny Niepokalanie Poczętej. Zgodnie też z charyzmatem tego zgromadzenia z radością i miłością poświęciłam się pracy w przedszkolu zdobywając wcześniej potrzebne kwalifikacje. Później dalej rozwijając się w zawodzie i zdobywając potrzebne umiejętności, wiedzę i papiery moje Zgromadzenie powierzyło mi załażenie i prowadzenie ochronki. 15 wrzesień 1938 rok to data złożenia przeze mnie zakonnej profesji wieczystej
- Pięknie, przyznać muszę – stwierdziłem – że Siostry związek z Oblubieńcem okazał się być nader płodny…
- Tam gdzie w grę wchodzi prawdziwa miłość a wiadomo, że Bóg jest miłością nie może być inaczej. W swoim życiu – kontynuowała – myślę, że dotyczy to wszystkich ale dla mnie było to bardzo ważne, starałam się kontemplować Jezusa. Przede wszystkim w Eucharystii, później w swoim sercu i na co dzień, przy każdej okazji właśnie w drugim człowieku.
- To chyba szczególnie ważne w trudnych okresach a do takich z całą pewnością należy okres wojny?
- To prawda. Prowadziłam wtedy dom zakonny i ochronkę, która była coraz bardziej potrzebna. Razem z pozostałymi siostrami w walkę o wolność włączaliśmy się przez modlitwę i pracę. Na wskutek donosu zostałam wezwana na posterunek gestapo i tak jak myślałam już z niego nie wróciłam. Po kolejnych więzieniach zostałam wywieziona do obozu w Oświęcimiu – Brzezince, gdzie po ludzku wyczerpana i ciężko chora połączyłam się już na wieczność ze swoim Oblubieńcem 9 kwietnia 1944 roku. Była to w tamtym roku noc Zmartwychwstania Pańskiego. No nie mogłam sobie lepszego czasu nawet wymarzyć – zakończyła z łagodnym uśmiechem.
- Coś mi tu jeszcze nie daje spokoju – postanowiłem rozwiać swoje wątpliwości – mówi siostra o tych wszystkich traumatycznych przeżyciach tak lekko. Czy to dlatego, że już z perspektywy Nieba
- Perspektywa Nieba? Dobre określenie – stwierdziła – tyle tylko, że ta perspektywa powinna być zwyczajnym spojrzenie na świat i życia każdego człowieka. Widzisz… Ja we wszystkim co mnie spotykało widziałam jakiś wyraz Woli Bożej i nawet jeśli jej w danej chwili nie rozumiałam to zgadzałam się na nią. Zgadzałam się na nią bo wiedziałam, że to Wola naszego niebieskiego Ojca a więc Osoby, która chce dla nas tylko tego, co najlepsze. Jeśli więc coś nas spotyka to jest to dla nas najlepsze, co mogło się stać. Wtedy uśmiech w „szarej codzienności” jest czymś naturalnym. Bo to w jakimś sensie Boży uśmiech.
- Jej… Niesamowite – stwierdziłem - bardzo dziękuję za spotkanie i rozmowę.
- Bywaj zdrów – pożegnała mnie – pamiętaj, uśmiechaj się co dzień kontemplując Jezusa w Eucharystii, swoim sercu i drugim człowieku żyjąc Bożą Wolą.
Z przekonaniem kiwałem głową odwracając się nieopatrznie stanąłem na kawałku lodu. Straciłem równowagę i byłbym wyłożył się jaki długi gdyby nie wsparł się o… siostrę Celestynę. Na moją zakłopotaną minę z humorem i uśmiechem odpowiedziała.
- Cieszę się, że nawet dzisiaj mogę być oparciem dla bliźniego.
Piotr Sarlej
Foto 1: Figura bł. Celestyny Faron w Panteonie Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie.
Bazylika i Sanktuarium





