Aktualności
Serce zakute w kamieniu - bł. Krystyn Gondek OFM
Zimne, wietrzne i pochmurne, późne popołudnie Ofiarowania Pańskiego. Wyszedłem z kościoła z płonącą świecą i mimo podmuchów powietrza udało się ją donieść do kościelnej bramy. Później klucząc między zaparkowanymi autami pokonałem parking i po raz kolejny wszedłem w rzeczywistość świętych obcowania wewnątrz Szczepanowskiego Panteonu. Od bramy objąłem wzrokiem strojących w szeregu świętych i błogosławionych po tych wszystkich wizytach coraz mniej dla mnie anonimowych. Tym razem ruszyłem środkiem Panteonu. W jego połowie skręciłem w odchodzący pod kontem prostym chodnik w kierunku nieczynnej w tamtej chwili bramy. Po kilkunastu krokach doszedłem do linii krużganków, przy których ustawieni są święci i błogosławieni diecezji tarnowskiej. Spojrzałem w prawo. Na najbliżej znajdującym się cokole stał szczupły, gładko ogolony z krótko ściętymi wlosami i w małych okrągłych okularach w drucianej oprawce młody zakonnik.
- Szczęść Boże – ukłoniłem się na powitanie.
- Szczęść Boże – łagodnym Gosem odpowiedział młody człowiek z kamiennego postumentu.
- Ja jestem Piotr – kontynuowałem swoje słowa – chyba nie miałem dotychczas okazji poznać…
- No jakoś tak wyszło – zakonnik uśmiechnął się delikatnie – cóż począć skoro w takiej kolejności zostaliśmy ustawieni. Cieszę się jednak, że nie przeszedłeś obok obojętnie.
- Nie no, nie mógł bym przejść obojętnie – energicznie zaprzeczyłem – jeśli jesteś w naszym Panteonie to znaczy, że jesteś wyjątkowo ważną postacią.
- Czy ja wiem – zamyślił się na chwilę – każdy człowiek jest wyjątkowy bo jako taki został stworzony przez naszego niebieskiego Ojca. A czy jestem ważny? Jak każdy i każda z nas.
- Wrodzona skromność świętych i błogosławionych – wtrąciłem szybko.
Mój rozmówca uśmiechnął się tylko nieznacznie i kontynuował.
- Jestem Krystyn Gondek. Chociaż od urodzenia w 1909 roku, a właściwie od chrztu w parafii w Zakliczynie miałem na imię Wojciech. Wojciech, syn Julii i Jana zamieszkałych w wiosce Słona.
- Jak to się więc stało – zapytałem – że trafiłeś tutaj do Panteonu?
Mój rozmówca bez drgnięcia nawet jednym mięśniem twarzy stwierdził.
- Nic prostszego. Przywieźli mnie, postawili i jestem.
- Rozumiem…
Troszkę się zmieszałem ale nie ustępowałem. – Czym sobie zasłużyłeś by tutaj się znaleźć?
- Wszystko to łaska Pańska – odpowiedział.
- No tak, „cóż masz czego byś nie otrzymał” – zacytowałem fragment jednego z wersów Pierwszego listu św. Pawła do Koryntian – jednak musiałeś dać coś z siebie. Bóg dał nam też wolną wolę, która jak wiem z autopsji robi z nami czasem co chce,
- Fakt – uśmiechnął się kończąc tą swoistą szermierkę słowem – Cytowałeś św. Pawla więc w podobnym tonie odpowiem. Żeby korzystać z łask, które obficie daje nam nasz Ojciec trzeba wziąć starego człowieka w nas, tego leniwego, opieszałego i lgnącego do błahostek tego świata w karby i przemieniać w nowe stworzenie działając na chwalę Boga i ku pożytkowi bliźnich. Dlatego zarówno w szkole, w Państwowym Gimnazjum im. St. Żółkiewskiego we Lwowiejak i później w Wyższym Seminarium Duchownym w Przemyślu starałem się być sumienny i pracowity co przy współpracy z laską przynosiło błogosławione efekty.
- Takie to proste a często tak trudno to zrobić… widzę jednak, że jesteś w stroju zakonnym a wspomniałeś o seminarium diecezjalnym. Byłeś wcześniej księdzem diecezjalnym?
- Nie, nie, nie – energicznie zaprzeczył – już kształcąc się we Lwowie mieszkałem w Kolegium Serafickim Braci Mniejszych. Od tego czasu zakon Franciszkanów jest mi szczególne bliski i dlatego w duchu św. Franciszka postanowiłem zmierzać do Domu Ojca
- Kiedy otrzymałeś święcenia kapłańskie?
- Święcenia z rąk Ordynariusza przemyskiego, bpa Franciszka Bardy otrzymałem w 1936 roku a trzy lata wcześniej złożyłem uroczystą profesję.
- 1936… Niemalże w przededniu wojny. Było ją już czuć? – zapytałem z przejęciem.
- Nie ma się co ekscytować – machnął ręką – zupełnie nie zwracałem uwagi na to, na co nie miałem wpływu. To, co było w centrum mojego zainteresowania to sumienne realizowanie obowiązków stanu i takież samo wykonywanie zadań jakie stawiali przede mną przełożeni. Nie ma sensu skupiać się na rzeczach, na które nie mamy wpływu. Owszem możemy się w tych intencjach modlić ale działać przede wszystkim w tym co należy do obowiązków naszego stanu bo do tego konkretnego działania powołał nas Pan.
- Jak wspominasz czas wojny?
- Nie bardzo jest co wspominać. Niecały rok po jej rozpoczęciu bo 26 sierpnia 1940 roku razem z współbraćmi z Włocławka zostaliśmy wywiezieni ostatecznie do Dachau. W tamtym obozie znosiłem trudną, ciężką codzienność przez niemal dwa lata, po których 23 lipca 1942 roku Pan powołał mnie do swego Domu.
Milczeliśmy przez chwilę. Jakoś tak niezręcznie mi było zabierać głos po usłyszeniu tej może lapidarnej ale jakże po ludzku smutnej opowieści.
- od 1909 do 1942 – postanowiłem jednak przerwać milczenie – to 33 lata. Niedługo wędrowałeś po tym świecie…
- Oj, tu nie o długość przecież chodzi. Każdy z nas i ty również – wskazał na mnie – jest tu tylko tyle ile w swej miłości przewidział nam Bóg. Ostatecznie zupełnie nieistotne jest jak długo się żyje. Naprawdę ważne jest to jak ten ofiarowany nam czas wykorzystamy. Na koniec powiem ci jeszcze, że z punktu widzenia wieczności tego czasu na ziemi jest zawsze bardzo mało więc nie marnuj ani chwili.
W zamyśleniu podziękowałem za rozmowę i obiecując, że będę wracał częściej wracałem do domu ze świadomością uciekającego czasu i razem z nimi bezpowrotnie traconych łask.
Piotr Sarlej
Foto 1: Figura bł. Krystyn Gondek OFM w Panteonie Świętych i Błogosławionych Diecezji Tarnowskiej w Szczepanowie.
Bazylika i Sanktuarium





