Aktualności
Serce zakute w kamieniu (cz. 19) – bł. Stanisław Kostka Starowieyski
Przekraczając bramę Panteonu będąc na progu listopada pomyślałem, że to szczególny moment wchodzenia w bliższe relacje ze świętymi i błogosławionymi. Idąc wzdłuż szeregu postaci znanych mi już z poprzednich wizyt pozdrawiałem ich, czasem skinieniem głowy, czasem przystając na chwilkę by zamienić parę słów. Idąc, z jednej strony pomyślałem, że coraz więcej czasu schodzi zanim dojdę do osoby, z którą mam danego dnia rozmawiać. Z drugiej strony jednak uświadomiłem sobie – bo przecież święci z naszego Panteonu to zaledwie mała garstka wszystkich świętych – jak mocne mamy wsparcie w czasie naszej ziemskiej wędrówki, po drodze do domu Ojca.
Pozdrowiłem poznanego ostatnio księdza Stanisława Mysakowskiego, którego wskazówki co do postępowania na drodze do świętości ciągle brzmiały mi w uszach. Następnie zwróciłem spojrzenie w kierunku nowej osoby. Moim oczom ukazał się starszy mężczyzna o spokojnym, poważnym usposobieniu. Miał krótkie, siwiejące włosy, wysokie czoło i wyraźnie zarysowane rysy twarzy. Jego spojrzenie było skupione, skierowane lekko w bok, jakby właśnie obserwował coś w oddali lub wsłuchiwał się w czyjeś słowa. Na jego twarzy malowało się opanowanie i zaduma. Ubrany był w elegancki, jasny garnitur, pod którym miał kamizelkę, koszulę i starannie zawiązany krawat. Marynarka układa się naturalnie na ramionach, a jej poły swobodnie opadają wzdłuż sylwetki. Jedną rękę trzyma przy boku, drugą zaś lekko unosi i opiera w okolicy kieszeni marynarki, jakby odruchowo poprawiał ubranie lub na chwilę zatrzymał dłoń podczas rozmowy. Jego postawa jest wyprostowana, lecz niewymuszona. Stoi pewnie, z ciężarem ciała rozłożonym spokojnie na obu nogach.
- Dzień dobry…? – Ni to pozdrowiłem, ni to zapytałem. Przez świecki strój mężczyzny poczułem się nieco zbity z tropu w kwestii powitania.
- No nie wiem jak twój – odpowiedział człowieka na postumencie – mój zdecydowanie dobry. A nawet BARDZO dobry bo czy w Niebie może być inny?
- To prawda – stopniowo odzyskiwałem rezon – ale teraz jesteśmy w Szczepanowie, nie w Niebie.
- Trudno się z tobą nie zgodzić… co do pierwszej części – Rozmówca zdawał się świetnie bawić – Ale wiesz przecież, że Niebo to stan, nie miejsce. Stan, w którym wszyscy czekamy na ciebie…
- Czekacie? Na mnie? – Z niedowierzaniem zapytałem.
- Tak – Ciepło się uśmiechnął – na ciebie i na wszystkich, którym przekażesz naszą rozmowę… bo coś mi mówi, że nie zatrzymasz jej dla siebie.
- Niewątpliwie – odparłem – Jestem Piotr z tutejszej parafii i chyba jeszcze nie miałem okazji Pana poznać.
- Jestem Stanisław Kostka Starowieyski urodziłem się 11 maja 1895 roku w Ustrobnie, w okolicach Krosna.
Mówiąc to mój Rozmówca delikatnie skinął głową łagodnie się uśmiechając.
- Miło mi pana poznać – odpowiadając tym samym gestem – Jakie były pierwsze lata Pana życia?
- Otrzymałem staranne wychowanie religijne i patriotyczne. Początkowo pobierałem nauki w domu, później, jak mój patron, w gimnazjum jezuickim. Po zdaniu matury zostałem przyjęty na wydział prawa na Uniwersytecie Jagiellońskim. Niestety jednak przyszedł rok 1914 i wybuchła I wojna światowa, co położyło kres moim planom edukacyjnym.
- Co się stało?
- Zostałem zmobilizowany w szeregi wojsk austro-węgierskich, gdzie w jednostkach artyleryjskich walczyłem na różnych frontach tamtej wojny. Chyba miałem talent do wojaczki bo pnąc się po szczeblach awansu, gdy przyszła wolność, już jako oficer walczyłem w wojsku polskim biorąc udział w kształtowaniu granic Ojczyzny.
- Och… Słyszę tu teraz bliskie mi tematy. Może Pan opowiedzieć o tym coś więcej?
- Powiedzieć więcej o czym? O zabijaniu? O śmierci? O cierpieniu? O płaczu dzieci? Tym przecież jest wojna… myślę, że tu nie ma co się więcej rozwodzić. Było minęło.
- Ma Pan rację – skurczyłem się ze wstydu – to może niezdrowe zainteresowanie. Jednak w myśl zasady si vis pacem, para bellum interesuję się tymi tematami. Jaka była dalsza Pana kariera wojskowa?
- Moja służba ojczyźnie w szeregach armii szybko się skończyła bowiem na skutek wyjątkowo ciężkiego przebiegu czerwonki, na którą w pewnym momencie zapadłem w lipcu 1921 roku, w randze kapitana, zostałem przeniesiony do rezerwy.
- Czyli na powrót cywil. – Stwierdziłem – kontynuacja przerwanych studiów prawniczych?
- Tak, cywil ale nie, już nie było czasu i okoliczności nie sprzyjały dalszym studiom.
- Jak się więc Pan odnalazł w nowych warunkach?
- Cóż – Stanisław jakby się zadumał i uśmiechnął do wspomnień – wróciłem w rodzinne strony i niebawem zawarłem związek małżeński z Marią z Szeptyckich.
- I tak do końca życia spokojnie w rodzinnym gnieździe?
- Chyba bym tak nie potrafił. Zacząłem aktywnie działać na płaszczyźnie gospodarczej, ukończyłem właściwy kurs i z sukcesem unowocześniałem gospodarstwo teścia. W życiu społecznym, starałem się wpływać na lokalną produkcję by podnieść standard życia najuboższych, zakładałem spółdzielnie. W sferze religijnej, ciągle żyłem w bliskości z Bogiem i sprawami Mu bliskimi. Byłem też członkiem i prezesem lubelskich struktur Akcji Katolickiej. Jeździłem po Polsce starając się rozpropagować wartości chrześcijańskie. W 1934 roku papież Pius XI mianował mnie swoim szambelanem.
- 1934 rok – zamyśliłem się przez chwilę – to niemal przede dnie II wojny światowej. Brał Pan udział w walkach?
- Byłem, co prawda kapitanem rezerwy ale wiek i zdrowie nie pozwalały mi na czynny udział w walce. Działałem jednak humanitarnie organizując pomoc ofiarom wojny.
- Jak długo to trwało?
- Niestety niezbyt długo bo już 19 czerwca 1940 roku ze względu na swoje wykształcenie oraz historię życia zostałem aresztowany przez gestapo i trafiłem do obozów. Najpierw do Sachsenhausen a następnie do Dachau. Skąd w kwietniu 1941 roku zostałem powołany do domu Ojca.
- To bardzo przykre – spochmurniałem – wojna to koszmar.
- W zasadzie prawda. Ale gdy widziałem więźniów załamanych naszą sytuacją zwykłem im mówić, że my i tak mamy lepiej niż w piekle bo u nas przynajmniej czasem wieje – mówiąc to delikatnie się uśmiechnął.
Będąc pod dużym wrażeniem historii życia Stanisława Kostki Starowieyskiego, pożegnawszy się z nim, wracałem do domu myśląc o jego postawie. Uzmysłowiłem sobie jak bardzo jest potrzebne działanie, twórcze rozwijanie talentów, którymi obdarował nas Pan.
Piotr Sarlej
Bazylika i Sanktuarium





